Organy grające i organy milczące


Dwa i pół roku temu napisałam do nowego rektora Uniwersytetu Wrocławskiego list, który wobec braku jakiejkolwiek odpowiedzi pozwalam sobie przytoczyć:

                                                                           Wrocław, 6 grudnia 2016

                                                                  Jego Magnificencja

Rektor Uniwersytetu Wrocławskiego

                                                             prof. dr hab. Adam Jezierski

                                                                   Uniwersytet Wrocławski

                                                  50-137 Wrocław, pl. Uniwersytecki 1

Szanowny Panie Rektorze!

Zwracam się z wnioskiem o usunięcie z moich akt osobowych,  przechowywanych w Dziale Osobowym Uniwersytetu Wrocławskiego, bezpodstawnie mnie krzywdzących, odręcznych wpisów dokonanych przez byłego dziekana Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego dra hab. Michała Sarnowskiego i byłą dyrektor Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego dr hab. Annę Paszkiewicz. Wpisy te zrobiono w drugim kwartale roku 2011: są to wpisy krótkie o podobnej treści „Utraciła zaufanie… podpis  i pieczątka” oraz wpisy dłuższe, odręczne, np. wpis dra hab. Michała Sarnowskiego z 16.03.2011. Wpisów tych dokonano złośliwie, bez żadnych powodów i bez podania podstawy tego urzędowego aktu, a w dodatku w tajemnicy przede mną, bez zawiadomienia mnie o tej czynności.  Zostały wykonane przez osoby znające się z tego samego kierunku studiów i rocznika, prywatnie i towarzysko bardzo ze sobą zżyte. Istnienie tych wpisów wykryłam przypadkiem, przeglądając swoje akta osobowe w obecności urzędniczki Działu Osobowego UWr.

Pracowałam w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego na pełnym etacie w latach 1990-2011, a w latach 2012 -2016 figuruję tam jako „nieetatowy pracownik naukowy”. Twierdzę jednak, że na Uniwersytecie Wrocławskim pracowałam na pół etatu od października 2011 do czerwca 2016, prowadziłam bowiem seminaria doktoranckie dla trojga doktorantów na Wydziale Filologicznym UWr., udzielałam konsultacji studentom tego Wydziału, w imieniu UWr. publikowałam artykuły naukowe, uczestniczyłam czynnie w konferencjach, również zagranicznych, kilkakrotnie przebywałam na bohemistycznych stypendiach, uczestniczyłam aktywnie w Radach Wydziału Filologicznego UWr., a także podwyższyłam swoje kwalifikacje zawodowe, bo otrzymałam profesurę tytularna na wniosek Uniwersytetu Wrocławskiego Wykonywałam zatem wszystkie czynności według karty stanowiska pracy pracownika naukowo-dydaktycznego, obowiązującej na Uniwersytecie Wrocławskim 

Wspomniane na początku bezpodstawne wpisy pochodzą z roku 2011, kiedy byłam zatrudniona na pełnym etacie jako profesor nadzwyczajny. Dodam tutaj, że przez 22 lata w Instytucie Filologii Słowiańskiej UWr. pełniłam funkcje kierownicze: byłam kierownikiem Studium Języka i Kultury Czeskiej, a potem kierownikiem Zakładu Bohemistyki. Nigdy nie było na moją pracę najmniejszej skargi, odwrotnie – chwalono mnie jako twórcę wrocławskiej bohemistyki (nowego kierunku na Uczelni) i pierwszą jej wykładowczynię. Kilkakrotnie dostałam nagrodę rektora Uniwersytetu Wrocławskiego, a w roku 2011 otrzymałam nagrodę II stopnia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego za osiągnięcie indywidualne. W poprzednich latach na wniosek Instytutu Filologii Słowiańskiej i Wydziału Filologicznego byłam kilkakrotnie nagradzana medalami: w roku 2008 otrzymałam Srebrny Krzyż Zasługi, w roku 2009 Medal Edukacji Narodowej, a w roku 2010 Złoty Medal za Długoletnią Służbę. Z własnej inicjatywy i według własnych pomysłów zorganizowałam trzy wielkie międzynarodowe konferencje naukowe: Wrocław w Czechach – Czesi we Wrocławiu (Wrocław 2002, bez dotacji ze strony UWr.), Podzwonne dla granic – Už hranicím odzvonilo (Jugowice 2008), Wielkie tematy kultury w literaturach słowiańskich. Sen (Wrocław 2011), byłam też ich kierownikiem naukowym.  

Do tego należy dodać, że w roku 2011 Uniwersytet Wrocławski wnioskował o moją profesurę tytularną. Pozytywna decyzja w tej sprawie zapadła w roku 2013, a profesurę otrzymałam 10 kwietnia 2014 z rąk prezydenta Bronisława Komorowskiego, który przy wręczaniu wymienił Uniwersytet Wrocławski  jako moją macierzystą uczelnię.

          Problemem jest dla mnie nie tylko sprawa wspomnianych złośliwych i bezprzedmiotowych wpisów w moich aktach osobowych, ale także nieprzychylne przyjęcie mojej profesury tytularnej przez władze Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego (mimo że one same o nią wnioskowały). Wprawdzie na moją prośbę i w mojej obecności we wrześniu 2014 dziekan dr hab. Marcin Cieński na Radzie Wydziału Filologicznego wspomniał o mojej profesurze, to jednak wcześniej przede mną sugerował, żebym przyniosła „jakieś zaświadczenie o profesurze”, co wobec oficjalnych ogłoszeń w Internecie jest co najmniej dziwne, a poza tym odczułam to jako doświadczenie skrajnie nieprzyjemne.

Mam też podstawy, aby sądzić, że moja profesura na Uniwersytecie Wrocławskim w ogóle nie jest ewidencjonowana. Na przełomie 2014/15 pytałam bowiem redakcję „Przeglądu Uniwersyteckiego UWr.”, czy zamieściła o niej notatkę, ale dostałam pisemną odpowiedź, że nie zamieściła, bo  (cytuję) „nasze czasopismo ogłasza tylko profesury zdobyte przez pracowników Uniwersytetu Wrocławskiego” (Korespondencja ta zginęła mi w komputerze, ale sądzę, że pozostaje to w dokumentach elektronicznych „Przeglądu Uniwersyteckiego”).

Na marginesie dodam, że mam albumowe wydawnictwo Politechniki Wrocławskiej: Marek Burak, Piotr Pregiel „Tytularni profesorowie Politechniki Wrocławskiej 1945-2015”, Wrocław 2015.  Obawiam się, że gdyby podobne wydawnictwo powstało na Uniwersytecie Wrocławskim, to w ogóle nie byłabym w nim ujęta, co oczywiście nie tylko mnie krzywdzi, ale też narusza prawdomówność opracowania. Ta sama uwaga dotyczy kłamliwych źródeł do , wiedzy o mnie, czyli  wymienionych na początku tego  pisma bezpodstawnych wpisów w moich aktach osobowych.

Powyższa sprawa jest dla mnie bardzo ważna, przenosi bowiem w przyszłość charakterystykę mojej osoby (jako autorki ossolińskiej „Historii literatury czeskiej” i wielu innych książek), stawiając mnie w bardzo niekorzystnym świetle.

W przypadku nieusunięcia tych kłamliwych, krzywdzących i bezpodstawnych notatek w moich aktach osobowych będę zmuszona udać się na drogę sądową.

Z poważaniem

(…) Zofia Tarajło-Lipowska

 List został wysłany jako polecony ze zwrotnym poświadczeniem odbioru, które (podpisane) otrzymałam od Poczty Polskiej w grudniu 2016.

Kodeks postępowania administracyjnego, któremu podlegają czynności osób pełniących funkcje administracyjne i organizacyjne, stanowi, co następuje:

„Przedmiotem skargi może być w szczególności zaniedbanie lub nienależyte wykonywanie zadań przez właściwe organy albo przez ich pracowników, naruszenie praworządności lub interesów skarżących, a także przewlekłe lub biurokratyczne załatwianie spraw (art. 227 K.p.a.). Organ właściwy do załatwienia skargi powinien załatwić skargę bez zbędnej zwłoki, nie później jednak niż w ciągu miesiąca (art. 237 § 1 K.p.a.). O sposobie załatwienia skargi zawiadamia się skarżącego.”

JA JEDNAK DO DZIŚ NIE DOSTAŁAM ŻADNEJ ODPOWIEDZI NA SWOJE PISMO, tylko (serdeczne) zaproszenie na uroczyste spotkanie opłatkowe w dniu 14 grudnia 2017 na Uniwersytecie Wrocławskim oraz zaproszenie na koncert organowy w Oratorium Marianum w dniu 17 stycznia 2018, w którym wystąpi adresat powyżej przytoczonego pisma, prof. Adam Jezierski. Wstęp wolny.

Trudno mi uwierzyć w serdeczność tego zaproszenia, skoro wbrew mojej profesurze i zasługom, wbrew nagrodom i medalom oraz zdobytemu tzw. dużemu Grantowi Wyszehradzkiemu (który zresztą, już po otrzymaniu go, rusycyści wyrzucili do kosza) akta osobowe w dalszym ciągu mam upstrzone dopiskami „utraciła zaufanie” oraz czerwonymi pieczątkami kadencyjnego dyrektora i kadencyjnego dziekana.

Śmiem twierdzić, że kolejne kadencyjne osoby chcą po prostu przeczekać swoją kadencję w nadziei, że tą przykrą sprawą zajmie się już ktoś nowy, wybrany i mianowany.

Studenci i doktoranci w ten sposób uczą się, że nie liczą się stopnie naukowe, wydane książki, zdobyte granty i otrzymane odznaczenia (że to wszystko POZORY), tylko „układziki” między małymi ludźmi.

Dodam, że nie znam osobiście pana rektora prof. Adama Jezierskiego, ale słyszałam o nim, że nigdy by sobie nie pozwolił na poradzenie mi, żebym się przed powyższym „pieczątkowym” dziekanem rozpłakała, bo łzy kobiece tak rozczulająco na mężczyzn działają – na co pozwolił sobie poprzedni rektor.

Trudno mi jednak powiedzieć, dlaczego w moim przypadku najwyższe organy Uniwersytetu Wrocławskiego nie przestrzegają zasad kodeksu postępowania administracyjnego, nie mówiąc o zwykłej lojalności i grzeczności w stosunku do pracowników, których Uniwersytet Wrocławski  sam wnioskował do tytułu profesora i którzy ten tytuł otrzymali.  

Skąd więc milczenie tych organów? 

Zofia Tarajło-Lipowska

Oj, bohemistyko, bohemistyko ty wrocławska!

– Scyzoryk mi się w kieszeni otwiera! – mówiła moja szkolna koleżanka Anita, kiedy była zła, choć w kieszeni miała najwyżej chusteczkę do nosa. Ja też scyzoryka w kieszeni nie noszę, ale wciąż mi się otwiera, niestety…

Bohemistyka wrocławska gnieździ się w „filologii słowiańskiej”, w związku z czym, mówiąc w skrócie (szczegóły są w innych wpisach na niniejszym blogu), wrocławska bohemistyka pozbyła się dwojga tytularnych profesorów: jednego (mnie) wyrzucając na siłę (nieuczciwym podstępem wysyłając na emeryturę, podczas gdy chcę i mogę pracować z młodzieżą akademicką), a drugiego (prof. Lipowskiego) wyszczuwając nagonką (patrz: podrobiony anonim od „kolegów po fachu”, tu wpis z dnia 18.08.2013; patrz: całkiem niedawne komentarze – cytowane tu 4.03.2014, a wcześniej prowokacja w postaci obraźliwego posądzenia o nieuczciwość plus inne szykany).

Na miejsce tych profesorów slawiści (czyli rusycyści; dodam, że nic przeciw rusycystom nie mam, ale tym uczciwym rusycystom, ale tutaj niestety…) zatrudnili dwóch czeskich docentów (emeryta i drugoetatowca), którzy dojeżdżają co dwa tygodnie i prowadzą … lektoraty. Nie uczestniczą ani w Radach Instytutu Filologii Słowiańskiej, ani w Radach Wydziału Filologicznego, a więc wszystkie ważne decyzje zapadają bez nich.

Liczą się jako „samodzielni pracownicy naukowi” i jednocześnie liczą się podobno jako native speakers, co jest niezgodne z pragmatyką, bo native speaker powinien być na co dzień z młodzieżą studencką, prowadzić z nią lektoraty od I roku, działać wśród nich (jak działał dr Petr Jokeš, który przed kilku laty z powodów rodzinnych przeszedł na UJ). Wykłady i seminaria magisterskie powinni zaś prowadzić profesorzy [W INNYM RAZIE STUDENCI SA OSZUKIWANI ZA PAŃSTWOWE PIENIADZE!], a nie doktorzy, wśród których są jednostki pozytywne, ale kilka z nich też … niestety…

Tuż przed moim „wyrzuceniem z Uniwersytetu Wrocławskiego” tenże Uniwersytet zwrócił się o profesurę tytularną dla mnie. Zwrócił się, ale dosłownie po kilku tygodniach metodami siłowymi próbował tę profesurę „odkręcić”, co zapowiedziała pani dyrektor Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr., dr hab. Anna Paszkiewicz, która na zebraniu Rady IFS pogroziła mi tymi słowy: „zwróciliśmy się wprawdzie o pani profesurę, ale zobaczymy, jakie będą recenzje…” (tu zawieszenie głosu i wściekłe spojrzenie).

Jej słowa okazały się prorocze. Trzy recenzje z innych uniwersytetów były dobre, ale czwarta zła. Od profesora z Uniwersytetu Wrocławskiego. Tenże sam profesor kiedyś w mojej recenzji habilitacyjnej napisał zupełnie inaczej: jako kandydatka do habilitacji byłam dlań świetną znawczynią czeskiej literatury – jako kandydatka na profesurę jestem znawczynią tejże literatury słabą i jeszcze gorzej. Ta właśnie recenzja (ze swej natury tajna) „wyciekła” i zaczęła ponoć krążyć jak ulotka wśród uniwersyteckich kolegów (dziekanem Wydziału był wtedy rusycysta dr hab. Michał Sarnowski), a nawet została udostępniona jednemu z wyżej wymienionych Czechów, doc. Liborowi Martinkowi, który wypisał z niej obszerne fragmenty i razem ze swoimi uwagami umieścił jako komentarze na niniejszym blogu w intencji skompromitowania mnie i utrzymania swojej drugiej pensji na Uniwersytecie Wrocławskim. Twierdzę, że recenzję tę podsunięto mu w złym zamiarze (mój wpis z 25.07.2013).

Miało to wszystko konkretne skutki, bo z ramienia Uniwersytetu Wrocławskiego członkiem ogólnopolskiej komisji był wówczas również rusycysta, prof. Tadeusz Klimowicz. Procedura otrzymywania profesury w moim przypadku wydłużyła się o rok – półtora, ale ją dostałam.

Prof. Jaroslav Lipowski, pouczony moim przypadkiem i własnymi doświadczeniami, o wystąpienie o profesurę belwederską zwrócił się do UAM w Poznaniu. Tymczasem z pracy we Wrocławiu wyjątkowo łatwo go wypuszczono, chociaż tytularnych profesorów – językoznawców w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego nie ma w ogóle. Ani jednego.

W przypadku profesora Lipowskiego wszystko przebiegło szybko, więc przypadkiem tak się złożyło, że decyzje o przyznaniu nam profesur tytularnych zapadły prawie jednocześnie.

A Uniwersytet Wrocławski?

Niestety… 

Wzajemność warszawsko-krakowska

Kongres Czechoznawstwa Warszawsko-Krakowskiego

16 09.2016 16:21

Plakat na drugą konferencję bohemistyczną przygotowała dr Manuela Maciołek.

Kongres Czechoznawstwa Warszawsko-Krakowskiego

Kongres Czechoznawstwa Warszawsko-Krakowskiego odbędzie się zaniedługo (celowo piszę „z czeska”), Gdzie?… Otóż we Wrocławiu. Czemu we Wrocławiu? Żeby się nazywało, że Wrocław też coś znaczy, choć naprawdę nie znaczy nic. Chyba że tylko w historii i w naukach historycznych, ale organizacyjnie to nie moja działka, choć pokrewna.

Uniwersytet Wrocławski bowiem pozbył się dwojga bohemistów z tytułami profesorskimi (dr hab. tytułem nie jest), pozostawił sobie samą „drobnicę”, a na ich miejsce przyjął docenta od „czeskiej literatury” (czyli Władysława Sikory i Óndry Łysohorskiego), oraz drugiego docenta, któremu właśnie ktoś podstępem przyprawił gębę „zarzyganego profesora”, żeby była podstawa do odmówienia mu kontynuacji zatrudnienia.

Bohemistykę wrocławską wykończono zupełnie i na amen. Używam tu formy bezosobowej, ale sprawcy są znani. Jest tu kilku wrocławskich rusycystów, i to nie wybitnych (profesor w tej sprawie aktywny był tylko jeden) – naukowo są bardzo słabi, za to fuchy funkcyjne im się trafiają. Oraz jest rektor, który przed laty przejmując tron, przyrzekł, że we wszystkim będzie słuchać dziekanów. Z tego powodu zresztą był ponownie wybrany. Do wykończenia przyczynili się też ochoczo niektórzy specjaliści warszawscy i krakowscy.

Powody mieli oczywiście różne. Ze strony wrocławskiej pewien Krogulec od zawsze lansował pogląd, że bohemistyka jest nauką podrzędną wobec rusycystyki (a tymczasem swoich rusycystycznych zajęć ze studentami nigdy nie prowadził, bo od dwudziestu przeszło lat pełnił różne funkcje). Demonter  Papasza ledwie na habilitację starczyła (a gdyby sprawdzić jej znajomość gramatyki i ortografii – dopiero byłaby kompromitacja!), Dzięcioł habilitację ma zagraniczną (Krogulec przed koleżeńską komisją zatwierdzającą oświadczył, że z polskiego punktu widzenia to nie jest habilitacja – ale podpisać trzeba), a Kurza Twarz poza jedyny artykuł (do otwarcia przewodu doktorskiego) nigdy w życiu nie wyszła.

Oboje bohemiści – profesorowie belwederscy w swej pełnej wiary i entuzjazmu  naiwności uwierzyli, że praca naukowa jest podstawowym miernikiem wartości pracownika dla Uniwersytetu Wrocławskiego, ale na swojej łatwowierności bardzo się przejechali. Nie należy wierzyć w to, co jest mówione na różnych zebraniach, a nawet zapisywane w protokołach. Ważniejsze są podszeptuchy, obiadki i prywatno-służbowe telefoniki. Można mieć w dorobku jedną książkę i zdobyć wszelkie stopnie oraz tytuł (autentyczne!)

Dlaczego podparli tych rusycystów w tej sprawie niektórzy bohemiści warszawscy i krakowscy? Tutaj podstawową rolę grała zazdrość. bo Wrocław w tej dyscyplinie wyskoczył do przodu, ze swoją, tylko dwudziestoletnią, tradycją bohemistyki uniwersyteckiej… a co tymczasem Warszaaawaaa, Kraaaków? One już przecież stuleciami w tejże dziedzinie obrosły, tak?

Jak wyszła moja „Historia literatury czeskiej. Zarys”, miała być promocja książki w Czeskim Centrum w Warszawie ( podobnie jak kiedyś była promocja książki Moniki Zgustowej o Hrabalu, na którą mnie zaproszono). Dostałam jednak  półoficjalną wiadomość, że przeciw promocji „Historii literatury czeskiej” zaprotestowała paniusia decyzyjna z Uniwersytetu Warszawskiego, bo oni mają „swoje książki do promowania”. Jeśli oni coś napiszą – zrobią sobie u siebie, czyli w Warszawie, promocję.

(Jeśli w Warszawie są „u siebie” i w Krakowie są „u siebie”, to po co jadą do Wrocławia? Daleko i niewygodnie, lepiej od razu do Pragi. Istniał swego czasu projekt, żeby czescy pisarze goszczący w Warszawie, po drodze wstępowali do Wrocławia, ale padł. Pisarze lecieli samolotem albo wsiadali w pociąg i budzili się od razu w Pradze. W każdym razie projekt pozostał niezrealizowany.)

Tymczasem wrocławscy rusycyści w ekspresowym tempie zatrudnili pana Martinka (przywleczonego do Wrocławia przez Bzdurną – ciekawe komu aktualnie ta osóbka wbija nóż w plecy?), który na Uniwersytet Wrocławski dojeżdża co dwa tygodnie i nie wtrąca się rusycystom do rządzenia. W ramach wkupienia się w „towarzystwo”, dzięki któremu ma comiesięczną pensyjkę, nakazali mu „potępienie” mojej książki. Pan Martinek posłusznie i gorliwie w pięciu komentarzach na tymże blogu zarzucił mi przetłumaczenie w niej kilkunastu stron (komentarze są usunięte, ale zabezpieczone na wszelki wypadek). Z czego przetłumaczyłam? Podobno z ołomunieckiej „Panoramy czeskiej literatury”, hi, hi hi! Chyba we śnie tego rzekomego znawcy!.

Widzę tutaj wyraźną podpowiedź od rusycystów dla Martinka. Zdradziła mi bowiem pewna koleżanka-była rusycystka, że poprzednie historie obcych literatur, powstałe w Instytucie Filologii Rosyjskiej (teraz Słowiańskiej) w gruncie rzeczy były tłumaczone z rosyjskiego. Stąd rusycystom w głowach nie chciało się pomieścić, że napisałam książkę samodzielnie. Stąd też odmowna reakcja rusycysty- dziekana Sarnowskiego na zgłoszenie przeze mnie plagiatu pracy magisterskiej, polegającego na przetłumaczeniu czeskiej pracy magisterskiej (patrz wpis tutaj: Zło wszystkich zeł). Tenże pan – jako wychowany w Instytucie Filologii Rosyjskiej – po prostu przywykł do takiej praktyki i w głębi sumienia nie widział w tym nic złego.

A więc „radujmy się”, że warszawsko-krakowska kolej zmierza ku Wrocławiowi, a wspiera ją wrocławska Solidarność Polsko-Czesko-Słowacka (patrz też wpis: Czeska i słowacka książka we Wrocławiu), której działacze przywłaszczyli sobie czeskie i słowackie książki, wydawana na emigracji w latach 1970-1990, i przesyłane ówczesnej Solidarności Polsko-Czechosłowackiej. Byłam tego naocznym świadkiem, z tych książek miałam zamiar zbudować zręby księgozbioru wrocławskiej bohemistyki.

Czy o tym też będzie mowa na Kongresie?

Zofia Tarajło-Lipowska

Co w trawie piszczy? Historia, niestety, prawdziwa.

Co w trawie piszczy, co w gniazdkach kwili, co w śmietnikach gnije

09 09.2016 22:41

 

Personel zatrudniony na ulicy Gołębiego Serca pod szyldem Uniwersytetu Kuropaskiego składa się ze zgrai ptaków miejscowych i z kilku ptaków przelotnych, które przylatują tylko na jeden dzień, a potem odlatują do swych gniazd rodzimych. Jajeczka ptaki przelotne składają u siebie, ale przyjmuje się, że te jajeczka na Uniwersytecie Kuropaskim są jeszcze świeże. Brak umowy międzypaństwowej, która by to regulowała, a ptaszki same z siebie do porządności się nie poczuwają

Wystąpiły tu jeszcze dalsze trudne problemy.

Pewien Gawron Przelotny okazał się zbyt gorliwy jak na gust zgrai ptaków miejscowych, mianowicie wymagać chciał dużo, egzaminy chciał uczynić trudne dla ptaszętów-studentów, przed komisją zdawane, na których zapewne by się okazało, że ptaszęta-studenta nie umieją nic, ale to nic, bo Srocia Bzdurna i jej Wróbliki Przyboczne niczego ich nie nauczyły.

Gdyby się go można było pozbyć – marzy Ciocia-Srocia –  to na jego miejsce można przyjąć innego „przelociarza”, ale nie tak gorliwego, niezbyt  wymagającego, skłonnego przymknąć oko na wszystkie niedoróbki ptactwa na ulicy Gołębiego Serca pod szyldem Uniwersytetu Kuropaskiego. Przy okazji Srocia Bzdurna zaklepie sobie wdzięczność nowego przelociarza, który opinię za to napisze, jakby jej potrzebowała

A więc jak pozbyć się niewygodnego Gawrona? Srocia Bzdurna z  Demonter Papaszą i Krogulcem Domowym uradzili, że trzeba go zwabić do Czerwonej Oberży na czwarte piętro za zamknięte drzwi, gdzie trunek leje się litrami – a przynajmniej stakanczikami z butelek się wydostaje. Gawron właśnie zakończył wykłady i konsultacje i do odlotu zagranicę się szykował

Pomocnicy dobranej trójki, czyli Dzięcioł Oberżysta i Kurza Twarz (tę ostatnią nie wszyscy identyfikują, więc wyjaśniam, że chodzi o drób pozostały po dawnym  studium obcych śpiewów) skusili Gawrona zaproszeniem na stakanczik, może dwa –  i dodali mu do środka czegoś. Czego?

Analizy chemicznej koktajlu nie dokonano –  na to już jest za późno (komisarz Cichosz twierdzi, że mogła wchodzić w grę substancja zwana „pigułką gwałtu”). Gawron Przelotny po konsumpcji ognistej wody z nieznanym dodatkiem zaczął zachowywać się dziwnie i rażąco, ponoć nawet to i owo zanieczyścił, aż ekipa biednej pani Ulany Udanej (w parodii z wystąpienia Demonter już wzmiankowanej) musiała to posprzątać, z czego szum się zrobił medialny, a z całego zajścia sporządzono „protokół”.

„Protokół” jest teraz straszakiem na Gawrona, żeby nie przylatywał tutaj więcej, nie podskakiwał z niczym, z żadnymi roszczeniami, a najlepiej niech się zmyje.

Ptasie kreatury, czyli Papasza, Krogulec, Bzdurna i Dzięcioł Oberżysta w sprawie Gawrona Przelotnego, mocno stropionego takim rozwojem sytuacji, wzruszają ramionami i odpowiadają „Przecież mamy protokół z tego zajścia…”. Te i inne ptasie kreatury polatują sobie po PGR na Gołębiego Serca i z pełną bezczelnością tym „protokołem”  wstrętne dzioby sobie wycierają.

Ostrzegam zatem: proszę nie uczęszczać na czwarte piętro do Czerwonej Oberży, a jeśli kogoś to towarzystwo nieodparcie przyciąga, to trunek trzeba zabrać własny i nie wypuszczać z rąk!

„I ja tam byłam, miód i wino piłam…” ?

Wcale tam nie byłam, więc kto tam był? Podobno pani Żyr-affa była, pani Gabriela Pozłotka też – ale czyżby one w tej intrydze uczestniczyły?!

Byłam świadkiem podobnie podłych sytuacji, przy czym wszystkie rozgrywały się na ulicy Gołębiego Serca 9 pod czerwoną tabliczką Uniwersytetu Kuropaskiego:

  1. Wmówiono kolegom, że ja chcę oddzielić zakład od instytutu, co pociągnie za sobą ten formalny szkopuł, że wszystkie Wróbelki zwolni się z pracy na Uniwersytecie Kuropaskim, a potem będą one przyjmowane z powrotem, „po uważaniu” (Kłamstwo! – nie ma takiego przepisu w Statucie Uczelni Kuropaskiej). Na tej podstawie niektóre Wróbelki podpisały się pod deklaracją ułożoną przez panią Bzdurną, skierowaną przeciw mnie, a Krogulec Domowy czym prędzej zawiózł te podpisy Najwyższemu Strażakowi.
  2. Przegoniono nauczyciela akademickiego-Ukraińca za pomocą oskarżeń o zepsucie komputera przez oglądanie rosyjskojęzycznych stron pornograficznych, oczerniono go w obecności jego polskiej żony! (Była to nieprawda!). Demonter Instytutu osobiście zakazała wydawać mu klucz od gabinetu (patrz też wpis: Ukraińska ballada stepowa. 12.09.2014)
  3. Sfabrykowano fałszywy anonim i publicznie, na radzie naukowej, postraszono nim pracownika naukowego-Czecha, co uczyniła osobiście Demonter Nasza Papasza wspomagana przez Dzięcioła Dłubala-Oberżystę, przy pochwalnej aprobacie Krogulca Domowego i gdakającej na wszystkie strony Kurzej Twarzy (która ponadto skłamała w sądzie).
  4. Skradziono pewnej osobie notes, powyrywano kartki z notatkami z rad naukowych odbywających się na ulicy Gołębiego Serca 9, a potem notes podrzucono zubożony o te notatki. Ocenzurowano go po prostu.
  5. Że też takie i podobne numery bezkarnie przechodzą pod numerem 9 ozdobionym tabliczką Uniwersytetu Kuropaskiego!

Zofia Tarajło-Lipowska

Co jest grane?

Co jest grane z panem Bałabanem, czyli jak z Bunina zrobić rodzinne źródło dochodu

05 07.2016 11:46

Potrzeba zatrudnienia informatyka w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego pojawiła się w momencie, kiedy mgr inż. Krzysztof Bałaban skończył studia informatyczne. Starała się o ten etat pani z takimi samymi kwalifikacjami, ze stażem zawodowym w dydaktyce, a nawet dorobkiem w postaci książki o nauczaniu informatyki, ale wygrał Bałaban, choć tych doświadczeń był pozbawiony. Nie od dziś wiadomo, że konkursy o zatrudnienie organizuje się „pod wybraną osobę”, najpierw jest krewny lub znajomek do upchania – a potem następują starania o etat (manewry z konkursem to mydlenie oczu).

Kiedy w roku 2010 „moja serdeczna przyjaciółka” Anna Paszkiewicz odwiedziła mnie w Szpitalu Kolejowym na Wiśniowej (nie byłam chora, ale jej doktorantka, doktor medycyny, namówiła mnie na szpitalne „przebadanie”, byłam tam niepotrzebnie 12 dni), zaznaczyła, że przyszła „przy okazji”, bo właśnie odwiedziła przebywającego w tymże molochu szpitalnym Krzysztofa Bałabana. Wytrzeszczyłam oczy, przypuściłam wtedy w myślach, że Bałaban jest jej krewnym.

Koło roku 2010 w Instytucie Filologii Słowiańskiej Bałaban zajmował się kluczowymi kwestiami, a mianowicie układał plan zajęć i protokołował posiedzenia Rady Instytutu, a nawet… nalewał szampana (pamiętne „szampańskie” zebranie w czerwcu 2011, kiedy rusycyści przegłosowali niezatrudnienie mnie, a rektor Bojarski posłuchał tego doradczego teamu, mimo że obiecywał, że tym teamem będzie Rada Wydziału Filologicznego!). Rzetelność jego protokołowania podważyłam (patrz wpis: Za co wrocławscy rusycyści mnie zadziobali), wskutek czego Bałaban został odsunięty od protokołowania (sam też narzekał, że nie chce).

1 lutego 2011 pani Paszkiewicz w ramach „zadziobywania” mnie na Radzie IFS oskarżyła prof. Jaroslava Lipowskiego o wyłudzenie państwowych pieniędzy. Było to zmyślenie, obrażony profesor odwołał się do sądu, a pani Paszkiewicz wyprodukowała rzekome dowody, że obrażając go miała rację. Za świadka posłużył jej krewniak Bałaban, który w sądzie zeznał, że w poprzednim semestrze prof. Lipowski „kazał mu” wpisać dwa seminaria magisterskie w jednej kratce rozkładu zajęć. Było akurat odwrotnie, Lipowski chciał mieć dwa oddzielne terminy, a Bałaban odparł, że skoro studenci są zagranicą na stypendiach Erasmus, „tak się robi u nas w Instytucie”. Doskonale wiem, jak przebiegała rozmowa – pół godziny po niej mąż mi słowa Bałabana powtórzył, miał bowiem wątpliwości co do prawidłowości tego postępowania. Doradziłam mu wtedy sprawdzenie tego u dyrektor Paszkiewicz.

Krzysztof Bałaban okazał się koronnym świadkiem obrony pani Paszkiewicz (w procesie o naruszenie dóbr osobistych) i prokurator wezwał go do złożenia przysięgi sądowej.

Bałaban stawił się i popełnił krzywoprzysięstwo, podwójne krzywoprzysięstwo, bo po pierwsze zeznał, że pozwana Paszkiewicz nie jest żadną jego krewną, a po drugie powtórzył swoje pierwsze kłamliwe zeznanie. W ten sposób na razie jej skórę uratował. Jednak sprawa krzywoprzysięstwa w sądzie będzie zgłoszona do prokuratury (według art. 233, par. 4 KK grozi za to kara pozbawienia wolności do lat 3).

O tych zaskakujących faktach chciałam powiadomić promotora Bałabana, wtedy doktoranta na Politechnice Wrocławskiej (nie pamiętam nazwiska promotora, znalazłam go w Internecie), ale po namyśle zaniechałam tego. Promotor pewnie sam się zorientował, bo mgr inż. Bałaban nie jest już jego doktorantem.

Jak z Iwana Bunina zrobić rodzinne źródło dochodu?

Za to ten pan stał się doktorantem…. dr hab. Anny Paszkiewicz, ponieważ – zaznaczę z ironią – poczuł wielki pociąg do literatury rosyjskiej i chciałby ją badać naukowo!!! Wygląda na to, że oboje: pupil i ciocia zainteresowania naukowe mają nader wspólne, bo p. Paszkiewicz w roku 1987 obroniła rozprawę doktorską o Ivanie Buninie (w Nauce Polskiej brak jednak recenzentów???), a niedawno mgr inż. Bałaban na konferencji „Wielkie tematy w literaturach słowiańskich” w Instytucie Filologii Słowiańskiej UWr. wygłosił o tymże poecie referat naukowy.

Wstrzymam się przed komentarzami, choć pchają się pod „pióro” ze wszech stron (zdarzają się czasem zrośnięcia rodzinne czy koleżeńskie promotora z doktorantem – promotorowi nawet „opłaca się” napisać za doktoranta rozprawę! – opisałam to w książce „Śmierć dziekana”, odsyłam więc do niej), zapytam jednak, czy pan Bałaban jako doktorant Uniwersytetu Wrocławskiego otrzymuje stypendium doktoranckie (skoro w komisji stypendialnej zasiada pani Paszkiewicz)?

Moja doktorantka mgr Ilona Gołaszewska przez osiem semestrów prowadziła zajęcia ze studentami w IFS UWr., będąc przy tym studentką drugiego kierunku (anglistyki), który w terminie ukończyła, ale jej starania o stypendium nigdy się nie dały rezultatu (nie była niczyją krewną?). Po 9 semestrze studiów doktoranckich ją wykreślono za niezaliczenie 10 godzin praktyki ze studentami, jak napisała do mnie w liście pani kierownik studiów doktoranckich (żona dziekana). Nie zaliczyła, dodam, bo już od kilku miesięcy pracowała na etacie w korporacji, w dzień powszedni nie mogła się „wyrwać z pracy” przed godz. 17.00. Opublikowała jednak kilka dobrych artykułów, temat rozprawy miała ciekawy (utopia i jej odmiany u czeskich pisarek), posługiwała się zręcznie angielskojęzycznymi źródłami, w soboty-niedziele systematycznie odwiedzała mnie w domu na seminariach doktoranckich (bo 4 października 2011 Paszkiewicz wyrzuciła mnie z gabinetu na Pocztowej).

Za to dostała stypendium doktoranckie na filologii pani doktor medycyny, która była pierwowzorem postaci psychiatry z czwartego fragmentu mojej nowej powieści (na tym blogu). Dowiedziałam się o tym, bo „moja serdeczna przyjaciółka” sama mnie o tym (swego czasu) zawiadomiła

 

Zofia Tarajło-Lipowska

Balowski a wrocławska bohemistyka – c.d.

Casus Balowski a wrocławska bohemistyka – ciąg dalszy

28 06.2016 15:42

Interesuje mnie praca magisterska Ireny Krasnickiej z 1982 roku, powstała i obroniona na Uniwersytecie Karola, ponieważ istnieje możliwość, że w książce babilitacyjnej pana Balowskiego o słowiańskich paralelach (Orten i Baczyński), powstałej na Uniwersytecie Ostrawskim w roku 2000, został popełniony plagiat. Postaram się to wyjaśnić, choćby na własny użytek, ale być może też na użytek tego blogu. Tak jak już wcześniej pisałam, autoplagiat pan Balowski i tak popełnił, bo w czasopiśmie Bohemistyka opublikował dwuczęściowy, obszerny artykuł o identycznym tytule (2009). Pierwsze „paralele słowiańskie” wyszły po polsku (w Czechach), a drugie po czesku (w Polsce). Czyli polski tekst posłużył do otrzymania czeskiej habilitacji, a czeski – do polskiej. Zawsze to „trudniejsze” dla członków komisji, rad czy innych gremiów, pobieżnie się z tym zapoznają.

Kieruje mną czysta ciekawość, ale nie brak w tym pewnej intencji. W dwóch listach, które dostałam od prof. Balowskiego, ich autor zwraca uwagę, że wcale nie polecał zatrudnienia na UWr.  opolanek Anny Zury i Katarzyny Chrobak, a także nie wnioskował negatywnie w sprawie profesury dla mego męża (chociaż mógł, jak zaznacza on sam, jest bowiem członkiem Rady Wydziału na UAM – należy więc zrozumieć w podtekście, że „ktoś” z nim o tym rozmawiał i namawiał go?), czyli mówiąc ogólnie nie zaszkodził ani mnie, ani bliskim mi osobom (jakby odkrywanie plagiatu było rodzajem zemsty?), a za panią, która wygryzła mnie z kierownictwa, ani za jej pomocniczką on wcale nie stoi.

Tymczasem było tak.

W roku akademickim 2008/2009 panie Chrobak i Zura odmówiły wykonania moich kierowniczych poleceń, uzasadniając to pracą nad powstającym na Uniwersytecie Ostrawskim słownikiem, do czego zaangażował je profesor Balowski, jak mi powiedziały. Zwołałam wtedy zebranie Zakładu Bohemistyki, wszem i wobec wyjaśniając, że praca nad słownikiem powstającym na innej uczelni nie zwalnia od wykonywania poleceń wydawanych w podstawowym miejscu pracy. Wyraziłam przypuszczenie, że panie Chrobak i Zura w ten sposób dorabiają do pensji, ale obie energicznie zaprzeczyły.

Rzeczywiście w roku 2009 na Uniwersytecie Ostrawskim wyszedł czesko-polski słownik frazeologiczny, jako autorzy figurują Mieczysław Balowski i Eva Mrhačová, o innych jego autorach nie ma wzmianki.

Wobec tego nasuwają się dwie możliwości:

  1. Panie Zura i Chrobak skłamały przede mną i przed całym Zakładem Bohemistyki IFS UWr. (na zebraniu), chcąc się wykręcić od wykonaia poleceń.
  2. Skłamali autorzy słownika, ukrywając udział obu tych pań.

Jeśli zaś sprawa była czysta i prof. Balowski jako były promotor jednej i nauczyciel akademicki obu, wykształconych w Opolu, miał prawo je zatrudnić do pomocy w pracy nad słownikiem, to dlaczego nie zapytał o to mnie jako ich bezpośredniej przełożonej na Uniwersytecie Wrocławskim? Czyżby mimo zatrudnienia na UWr. obie panie wciąż tworzyły jego „dwór”?

W każdym razie już za mego kierowania Zakładem Bohemistyki obie pracownice popisały się dużą bezceremonialnością w traktowaniu własności intelektualnej. Pani Chrobak dosłownie przejęła mój komunikat posłany jej w celach szkoleniowych i umieściła pod swoim nazwiskiem w Bohemistyce (zażądałam sprostowania autorstwa, ale pan Balowski najpierw odesłał mnie do dziekana Wydziału Filologicznego UWr., a potem już o tej sprawie nie wspomniał – jako o pachnącej brzydko?). Pani Zura zaś przygotowała broszurkę „Ćwiczenia z czeskiej składni”, w której na każdej stronie umieściła swoje nazwisko jako autorki, tymczasem ćwiczenia były wycięte (nawet nie przepisane!) z podręcznika dla czeskich dzieci. Poza tym pani Zura – za mego kierownictwa kilkakrotnie – brała wielotygodniowe zwolnienia lekarskie, które – chodziły słuchy – służyły jej do podróży marketingowych. W tym czasie opuszczała zajęcia na wieczorówce (płatne) i nie odrabiała ich (mówiła mi o tym wieczorowa studentka).

W tej sprawie niezwykle interesująco rysuje się również postać p. Evy Mrhačovej z Uniwersytetu Ostrawskiego, która w fazie wydawania wspólnego z panem Balowskim słownika została przewodniczącą komisji ds. niezgodnego z dobrymi obyczajami w nauce wykorzystanie pracy magisterskiej Ireny Krasnickiej (patrz też wpis: Fakty o Balowskim i o Zakładzie Bohemistyki IFS UWr.). Komisja, której przewodniczyła, ten fakt potwierdziła, a pan Balowski dobrowolnie poddał się karze polegającej na wyrzeczeniu się pracy na czeskich uniwersytetach. Jednak – jak sam napisał mi w liście z pewną przechwałką – na Uniwersytecie Ostrawskim znów pracuje (?). Polskiej nauce natomiast fakt ukarania polskiego profesora w ogóle nie został zgłoszony

Czeskim współpracownikom pana B. łagodne potraktowanie go w tej sprawie wyjaśniono, jak słyszałam, potrzebą wyciszenia całej sprawy ze względu na dobro polskiej mniejszości na Zaolziu. Jakby to bowiem wyglądało, gdyby potwierdzono, że polski profesor wykorzystał pracę czeskiej studentki i ani słowem o niej nie wzmiankował? Trochę to śmieszne, trochę straszne, w każdym razie znów mamy do czynienia z zamiataniem sprawy pod dywan.

Sądzę jednak, że łagodne potraktowanie Balowskiego w sprawie kradzieży pomysłu do książki habilitacyjnej z czeskiej pracy magisterskiej Ireny Krasnickiej oraz wielu jej obserwacji i tez (oraz nieprzyznania się do tego) kryje zupełnie inne powody. Po pierwsze chodzi o niuanse współpracy przy wspólnym słowniku frazeologicznym (zapewne uczestniczyli też „podwykonawcy”, jak wspomniane Chrobak i Zura, które się do tego otwarcie – na zebraniu Zakładu Bohemistyki – przyznały), a po drugie o fakt, że nie tylko doc. Mrhačová zatrudniła Balowskiego na Uniwersytecie Ostrawskim (wbrew ustaleniom komisji, której przewodniczyła – dokładne materiały na ten temat publikowałam na tym blogu w zeszłym roku), ale na zasadzie reciprocity Balowski zatrudnił Mrhačovą w Państwowej Szkole Zawodowej w Raciborzu. Każde z tych państwa ma tu i tam etacik!!!

Na marginesie tej sprawy warto poddać w wątpliwość kierunek, jakim podąża wrocławska bohemistyka. Zainteresowania koncentrują się na Śląsku Cieszyńskim, Opolskim, Ostrawskim, jakby reszta Czech nie istniała i jakby przypadkiem języka i kultury tych terenów nie zajmowały się już od dawna miejscowe uniwersytety. Na tejże bohemistyce rządzą polonistki z Opola, w dodatku przyjaciółki z ławy akademickiej, i ich sympatyczny (ponoć) kolega badający polskie opolskie szkolnictwo (?). Oraz pan Martinek z Opawy, wyspecjalizowany w literaturze polskiej powstałej na Zaolziu i w literaturze czeskiej powstałej w powiecie bruntalskim (?).

Brak natomiast przejawów naukowego zainteresowania Dolnym Śląskiem (pruskim Śląskiem, jak go nazywano w Czechach). Przyznaję, że jest to trudniejsze, mniej przebadane i przetrawione, trzeba by było pogrzebać w archiwach, w bibliotekach. Nie da się zrobić kompilacji z dawnych naukowych prac opolskich, katowickich (filia w Cieszynie), ostrawskich czy opawskich. Może zresztą właśnie dlatego?

Zofia Tarajło-Lipowska

SPROSTOWANIE

Sprostowanie w sprawie książkowego wydania „Śmierci dziekana” (Lech i Czech 2014)

07 06.2016 12:55

Informuję, że z powodu nieporozumienia w książce nie podałam nazwiska redaktora i składacza w jednej osobie, którym jest pani Aleksandra Ziemlańska. — Od strony redakcyjnej pewne uwagi zawdzięczam również znakomitej tłumaczce literatury czeskiej pani Dorocie Dobrew. Obie panie zajęły się tym z czystej życzliwości, i za to też jestem im szalenie wdzięczna.

Skąd się wzięło to nieporozumienie?

Odniosę się tu do wpisu  pt. O „onych” albo kosmiczna zagadka, z dnia 28.11. 2015 na blogu www.bohemistyka.bloog.pl , który m.in. charakteryzuje atmosferę wokół mej osoby: niechętną, nieprzyjemną i pełną zastraszania. Skutkiem tego odcięło się ode mnie kilka osób z kalkulacji czy z lęku, a kilka innych przewidywało komplikacje, jeśli je będą łączyć z moim nazwiskiem (doskonale to rozumiem, niektórym to wręcz doradzałam).

 Pewien kandydat na wydawcę „Śmierci dziekana” chwalił książkę, ale „…sama pani rozumie, XX, czyli bliska mi osoba, pracuje na Uniwersytecie Wrocławskim…”, redaktorki z Wydawnictwa UWr., wynajęte do redagowania mojego „Nowego Kapoana” (Afera, 2013), zażądały zatajenia swych prawdziwych nazwisk (nie jest to w porządku, bo w sferze twórczej kupując dzieło, kupujemy również nazwisko wykonawcy, zwłaszcza jeśli jest znany). Inne przykłady: poszukując dobrego wrocławskiego prawnika kilka razy natrafiłam na rady „tej osoby proszę nawet nie pytać, jego syn/córka studiuje na UWr. prawo/robi doktorat z prawa”, a nawet moi doktoranci startując w konkursach na pracowników UWr. nieoficjalnie usłyszeli, że gdyby nie byli moimi doktorantami, to być może… (z delikatności mi o tym nie powiedzieli, doszło do mnie bokiem). Kilka życzliwych osób obawiało się, że narażę się na proces sądowy o zniesławienie, ktoś mi nawet przypominał casus Andrzeja Żuławskiego i Weroniki Rosati jako przyjacielskie ostrzeżenie.

 Jak to się stało, że ta sytuacja niechcący odbiła się na książce „Śmierć dziekana”? W imieniu zaprzyjaźnionego „Lecha i Czecha” wysłałam do p. Ziemlańskiej projekt strony redakcyjnej, podając jej nazwisko w punktach: redakcja i skład. Pani Ziemlańska króciutko upomniała się o „opracowanie graficzne” (termin szerszy w stosunku do składu), słusznie mi na to zwróciła uwagę. Ja jednak w pośpiechu wydawniczym źle zrozumiałam jej odpowiedź – z powodów jak wyżej – a ponieważ z całych sił nie chciałam jej zaszkodzić, więc „redakcję i skład” zastąpiłam „opracowaniem graficznym”.  I tak poszło.

 W tej chwili, gdy zabawiam się pisaniem drugiego kryminału uniwersyteckiego, czuję potrzebę, żeby tę sprawę wyjaśnić. Mam wrażenie, że przygoda z książką „Śmierć dziekana” wiele mi dała, a uwagi Aleksandry Ziemlańskiej, Doroty Dobrew i kilkorga byłych studentów specjalizacji bohemistycznej z lat 90. XX wieku, tego i owego mnie nauczyły.

Dziękuję!

Dodam jeszcze, że to wielce przyjemne i radosne – uczyć się od własnych studentów

Zainteresowanym akapitem „Pewien kandydat na wydawcę…” polecam wpisy na tym blogu: „Promotor i jego doktorant” oraz  „WSTYD! Brak honoru hańbiący Uniwersytet Wrocławski”.    

Zofia Tarajło-Lipowska